W ostatni piątkowy wieczór miałam okazję obejrzeć film pt. Kochankowie z księżyca reżyserii W. Andersona. Dziś już 48 letniego Teksańczyka, z wykształcenia filozofa. Już na wstępie można domyślić się więc,że film w swoim przekazie będzie specyficzny (tak tez się stało, ale po kolei).
Kochankowie z księżyca to produkcja dziwna, atrakcyjnie ekscentryczna i zarazem niebywale dowcipna. W tym samym filmie, na przeciwko siebie możemy spotkać Billa Murray'a i Bruce Willis'a (było to dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ nie miałam okazji oglądać filmu z tą dwójką razem). Wes Anderson w swojej produkcji przywołał przykład młodej miłości, która musi zmagać się z wieloma przeciwnościami losu. W moim odczuciu film jest przemyślany w każdym najdrobniejszym szczególe. Od kompozycji, muzykę po dialogi i błyskotliwe myśli bohaterów. Wyróżnia się niekonwencjonalną, dysfunkcyjną przestrzenią, z której wykluczono współczesny świat, mimo iż w świecie lat 60. XX wieku jest osadzony. Bohaterowie komunikują się między sobą swoim prywatnym językiem, który funkcjonuje na płaszczyźnie dosłowności i jednocześnie symbolu. Świat jest zamknięty, a bohaterowie tego świata żyją w swoistym domu dla lalek. Mimo iż na początku fabuła wydaje się być trywialna, trywialna zdecydowanie nie jest. Wymaga głębszego zastanowienia.
Co ważne, w większości filmów szaleństwo ukazuje się tajemniczo, mrocznie, jednak pod początkową osłoną zdrowego rozsądku bohatera. Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym. Anderson od razu wykłada przysłowiową kawę na ławę. Po zachowaniach dzieci od razu możemy domyślić się na co cierpią, jaka jest ich psychika i do czego są zdolne.
Reżyser przenosi nas do roku 1965. Akcja dzieje się w małym angielskim nadmorskim miasteczku, określanym New Penzance, do którego trudno się dostać. Chłopiec - Sam Shakusky, ucieka z obozu harcerskiego Ivanhoe.W tym samym czasie ucieka także jego przyjaciółka korespondencyjna Suzy Bishop. Widzieli się raz - na przedstawieniu organizowanym przez szkółkę niedzielną. Suzy gra w nim kruka.
Sam jest nielubiany wśród pozostałych harcerzy, którzy uważają go za dziwaka. Jego rodzice zmarli, a rodzina zastępcza wysłała go na obóz, ponieważ sobie z nim nie radzili. Niebywale mądry, jak na swój wiek, nosi czapkę z szopa i pali kukurydziane fajki, doskonale odczytuje mapy. Ona zaś uwielbia powieści sci-fi i muzykę Francoise' a Hardy' ego, której słucha na przenośnym odtwarzaczu płyt młodszego brata. Często szpieguje swoich rodziców i przyjaciół za pomocą lornetek, nigdzie się bez niej nie rusza. Jest niezwykle emocjonalna i przez to wybuchowa.
Ucieczka dzieci zaburza początkowy obraz sielanki. Naświetlony zostaje kryzys starszego pokolenia. Bill Murray i Frances McDormand są rodzicami Suzy' ego. Ich małżeństwo się rozpada, śpią w pojedynczym łóżku, prawie nigdy nie spotykają się ze sobą, wymieniają komunikaty przez megafon. Bruce Willis jest dowódcą policji, samotnym i przygnębionym. Mały aneks kuchenny, przy którym przygotowuje posiłek dla Sama, doskonale odzwierciedla jego głęboką samotność, a Edward Norton jest przywódcą drużyny harcerskiej, niedorzeczny, ale dostojny w komicznych długich skarpetkach, nie może opanować grupki harcerzy.
Chyba nikt poza Andersonem nie mógłby wymyślić takiej sceny, w której dwóm młodym kochankom nakazano stanąć przy trampolinie, aby poważnie przemyśleć kwestie ślubu(!), podczas gdy na wskazanej trampolinie nieznany chłopiec demonstruje atletyczne skoki.
Film umila muzyka Benjamina Brittena, która jest ciekawym wyrazem tego parochialnego, wyspiarskiego zakątka Ameryki. Wywołuje nostalgię. Stworzona estetyka filmu natomiast służy przeciwcyfrowemu, niemal ręcznie konstruowanemu kinu, które ma niezwykłą zdolność wyczarowania charakterystycznego świata - samego w sobie. Wszystkie dziwactwa zaobserwowane w filmie wspaniale do siebie pasują, co stwarza ekscytującą fabułę.
Co tu dużo mówić. Jeśli ktoś z Was jeszcze nie oglądał tego filmu, to szczerze go polecam. ;)

